Homo Faber


Zbigniew Mikołejko "Dziś i cokolwiek dalej"

"Ma pan swój profil na Facebooku?

Nie mam. Mam jak się dowiedziałem, i czasem tam zaglądam, stronę założoną przez kogoś, kto jest moim sympatykiem, i wpisują się na niej jakieś życzliwe mi osoby. [...]

A wie Pan o tym, że podobno jeśli kogoś nie ma na Facebooku, to praktycznie nie istenieje?

Nie mam takiego poczucia. Być może dlatego, że ktoś mnie wyręczył i jakoś ta strona jest prowadzona. Mam natomiast wrażenie, że gdybym był tam bardzo aktywny, wszedłbym w obszar, który jest bardzo niebezpieczny. Na czym polega niebezpieczeństwo? Ano na tym, że coraz bardziej zamieniamy się w byty wirtualne, nierzeczywiste, ulotne: są - i już ich nie ma, zanim zaczną trwać, przestają być. [...]

Dzisiaj nawet rzecznik rządu, pan Paweł Graś, informuje dziennikarzy o spotkaniach z premierem na Twitterze.

Ale nasza rzeczywistość ma także skrzeczące struny, powiedziałbym. Inny więc tego aspekt: genewskie Obserwatorium Finansów bardzo ciekawie opisuje to, co się z nami dzieje. Mówi, że oto jesteśmy świadkami - termin znowu nieładny, ale ważny - "finansjalizacji". Co to oznacza? Tyle że relacje międzyludzkie na wszystkich poziomach zostały zastąpione przez transakcję, przez kontrakty. Uczeń czy student nie jest w tej chwili uczniem czy studentem, ale "odbiorcą usługi edukacyjnej". Pacjent nie jest pacjentem, ale "odbiorcą usługi medycznej", wierzyciel nie jest wierzycielem, tylko kimś, kto jest właścicielem pewnych zobowiązań. Pani nie jest dziennikarzem, ale "wytwórcą produktów medialnych". Krótko mówiąc, relacje międzyludzkie, które wcześniej wymagały dyskusji, kontaktów, zostały zastąpione przez sprzedaż i kupno usługi. I transakcja, kontrakt, umowa stały się wzorcem dla wszelkich stosunków międzyludzkich. W coś się nas wpisuje zatem, nie uważa Pani? Z jednej strony "wirtualizuje", z drugiej "finansjalizuje". Tylko ja się pytam, gdzie jest pani Dorota Kowalska z jej rozmaitymi sprawami, osobistymi więziami z innymi ludzmi? Dała się "zwirtualizować" czy wierzga przeciwko rzeczywistości?".

[w:] Jak błądzić skutecznie, Iskry 2013.

Sándor Márai "Miasta"

"W Trieście pada.
Kiedy statek zawija do portu, zaczyna siąpić. Pewna dama z woalką na kapeluszu stoi zadumana wśród swoich kufrów, ze śmiertelnym niepokojem pożegnania w spojrzeniu, i zwraca się do towarzyszy podróży, jakby chciała przekonać samą siebie: "Ale w Europie Środkowej też da się żyć". Mówi to jak dziecko, które dodaje sobie otuchy w ciemności. Głośno przytakuję jej słowom. Pada deszcz, co za przeżycie! Deszcz, Triest, kawiarnia, gazety, telefon do Budapesztu, a w kawiarni wolno rzucać niedopałki na podłogę!
Stojąc na górnym pokładzie, patrzę, jak podróżni w deszczu schodzą ze statku. Wszyscy opaleni, a w błyszczących oczach mają smutek pożegnania. Tyle pozostało po podróży, trochę pigmentu w skórze i w oczach iskra blasku wielkiego, okrutnego południowego słońca. Z czasem i to zblaknie. A bagażowych ani śladu".
[w:] W podróży, przeł. Teresa Worowska, Fundacja Zeszytów Literackich 2011.

Elias Canetti "Prowincja ludzka. Zapiski 1942-1972"

"Muzyka już choćby dlatego jest najlepszą pociechą, że nie tworzy nowych słów. Nawet jeśli napisano ją do słów, jej własna magia przeważa i usuwa niebezpieczeństwo słów. Najczystsza jest jednak wtedy, gdy istnieje sama dla siebie. Człowiek wierzy jej bez zastrzeżeń, gdyż jej pewność jest pewnością uczuć. Jej tok jest bardziej swobodny niż wszystkie inne możliwości człowieka, w jej wolności leży wybawienie. Im gęściej ludzie zamieszkują Ziemię i im więcej maszyn wkracza w ich życie, tym konieczniejsza staje się muzyka".

"Mówiąc, zbyt spokojnie szereguje słowa, zawsze nad nimi panuje, nigdy go nie gonią, nigdy z niego nie szydzą ani go nie ośmieszają - jakże mogę mu ufać?".

Przeł. Maria Przybyłowska, Wydawnictwo Dolnośląskie 1996.

Anton Czechow "Listy" II

"A więc my, starzy kawalerowie, cuchniemy jak psy? Dobrze, niech będzie. Ale że lekarze chorób kobiecych to w głębi duszy lowelasi i cynicy, z tym się nie mogę zgodzić. [...] Kto ciągle żegluje po morzu, ten lubi ląd; kto wiecznie tkwi w prozie, ten namiętnie tęskni za poezją. Wszyscy ginekolodzy są idealistami. U Pani lekarz czyta wiersze - a więc wyczucie Pani nie zawiodło; dodałbym jeszcze, że to gorący liberał, trochę mistyk, że marzy o żonie w stylu Rosyjskich kobiet Niekrasowa. Słynny Sniegirow inaczej nie mówi o "rosyjskiej kobiecie", jak z drżeniem w głosie. Inny ginekolog, którego znam osobiście, kocha jakąś tajemniczą damę w woalce, którą widział tylko z daleka. Jeszcze inny chodzi na wszystkie premiery i potem głośno klnie w szatni, twierdząc, że autorzy powinni ukazywać wyłącznie idealne kobiety".

Przeł. Natalia Gałczyńska, t. 2, Wydawnictwo Literackie 1988.

Alfred Andersch "Nominalizm"

pewnego ranka wiosną
roku 1100
zakończył swoją pracę
przy dzbanie
z białej gliny
który zamierzał wypalić, ale
nie pokrywać glazurą
lecz nie wsunął go
do pieca
nie położył także nowego kawałka gliny
na tarczę garncarską
lecz zabrał suchy prowiant
do torby
opuścił saint césaire
i wędrował
dwadzieścia dni
przez lasy
kryjąc się przed rycerzami
tylko niekiedy zatrzymując się w jakiejś pustelni
lub w zagubionym klasztorze
albowiem usłyszał
że w paryżu człowiek nazwiskiem
roscelin
nauczał
iż pojęcia nie są niczym innym jak
flatum vocis
głosowym tchnieniem
i w rzeczywistości
istnieją tylko
pojedyncze przedmioty
rzeczy
to wydawało mu się
usprawiedliwieniem
jego egzystencji
kiedy rozmyślał
że po nim
nie pozostanie nic
poza kilkoma garnkami
z gliny
Przeł. Tomasz Gabiś.

Jean Cocteau "Opium. Dziennik kuracji odwykowej"

"Nie ma nic smutniejszego niż dziennik Juliusza Renard, nic bowiem nie ukazuje lepiej, zgrozy literatury... Zapewne powtarzał sobie: "Każdy jest podły, nikczemny, każdy dąży tylko do kariery. Nikt nie ma odwagi tego wyznać, więc uczynię to ja i będę kimś jedynym w swym rodzaju". W mającym poczucie przyzwoitości czytelniku, który zakosztował lektury Renarda, rodzi się przemożne uczucie wstydu. Odkłada się ten literacki brewiarz nieposzlakowanego karierowiczostwa z przeświadczeniem, iż oto żaby znalazły sobie króla. (Przez żaby rozumiem wszystkich tych, których można złowić na skrawek czerwonej wstążki)".

Przeł. Romualda i Andrzej Nowakowie, Wydawnictwo Literackie 1990.

René Girard "Początki kultury"

Jakich filozofów i pisarzy uważał Pan za ważnych, kiedy wyjeżdżał Pan do Stanów Zjednoczonych?

Nie obcowałem z pismami zbyt wielu filozofów. Nie myślałem też, że moje zainteresowanie Proustem rozwinie się w krytykę literacką. Lata nauki we Francji przebiegały raczej nie najlepiej. Zacząłem od tego, że wydalono mnie z liceum za złe sprawowanie! Pamiętam jednak jedną powieść, która była dla mnie fundamentalna, mimo, że przez długi czas znałem ją w okrojonej wersji francuskiej, przeznaczonej dla dzieci. Był to Don Kichot Cervantesa.

Ile Pan miał wtedy lat?

Dziewięć lub dziesięć. Czytać nauczyłem się całkiem sam, a ani w szkołach do których chodziłem, ani na uniwersytetach nie nauczyłem się się nigdy niczego ważnego. Mam w sobie skłonność do samokształcenia. To pewnie jeden z powodów, dla których zawsze rozglądam się wokół, szukając innej dziedziny badań. Nic nie wyniosłem z liceum, ani z École des Chartes. Później obroniłem doktorat na uniwersytecie w Indianie. Nie miał on w sobie nic wyjątkowego - dotyczył współczesnej historii. Przedmiotem mojej pracy była opinia amerykańska na temat Francji w latach 1940-1943. Wpadłem na świetny pomysł, żeby napisać do ambasady Francji w Waszyngtonie, i pewnego dnia wyjąłem ze skrzynki pocztowej przesyłkę pełną wycinków prasowych z tamtego okresu poświęconych mojemu zagadnieniu. I w ten sposób zebrałem gotową dokumentację! Tamte lata wspominam przede wszystkim jako lata wytężonej lektury. [...]

Zarówno w Pańskiej pracy, jak i w Pańskim życiu stale towarzyszy Panu poczucie, że nie należy pan do swego otoczenia. W Awinionie nie czuł się Pan dobrze wśród swych przyjaciół; Jako Europejczyk na wygnaniu w Stanach Zjednoczonych poznał Pan, co znaczy być obcym; u początków swej kariery uniwersyteckiej nie mieścił się Pan w dyscyplinie literackiej, a później wybrał Pan badania antropologiczne. Co, pańskim zdaniem tłumaczy tę nieustanną chęć zmiany miejsca?

To prawda: nigdy nie wierzyłem w sens szufladkowania, w którym zasklepiają się naukowcy, ale nie byłem typem aspołecznym, klasycznym autsajderem. Nigdy bowiem nie czułem się zepchnięty na margines, jak wielu intelektualistów, którzy uwielbiają tworzyć właśnie taki wizerunek. Być może było tak dlatego, że miałem - jak zresztą zawsze - głębokie poczucie, że przenoszę w sobie własne dzieciństwo. A moje dzieciństwo było bardzo szczęśliwe [...] Byłem zatem czymś w rodzaju wolnego elektronu, ale nie czułem się wykluczony. Niewątpliwe z tego powodu nigdy nie udało mi się stracić francuskiego akcentu!".

Przeł. Michał Romanek, Znak 2006.

"Ciężkie frajerstwo"

"Skonfundowany milczeniem studentów pytanych o ich ulubione książki, od paru lat dodaję na wszelki wypadek: "Kafka - wielki pisarz niemiecki" albo "Dostojewski, rosyjski myśliciel religijny i polityczny". Dawniej, gdy to robiłem, słyszałem śmiech. Dziś tego śmiechu już nie słyszę. [...] Dzisiejszy student wie, że kupowanie książek się nie opłaca, a ich czytanie uchodzi za ciężkie frajerstwo".

Piotr Nowak, Hodowanie troglodytów, Rzeczpospolita, 29.06.2012.

Ernst Jünger "Awanturnicze serce. Figury i capriccia" III

"Podczas gdy najczęściej niewyraźnie przypominam sobie okoliczności, w jakich naszła mnie jakaś nowa myśl, pierwsze wrażenie nowego obrazu pozostaje czymś jak najbardziej bliskim - prawie tak jakby chodziło o inny rodzaj czasu, o lżejsze, bardziej przezroczyste środowisko, w którym nawet to, co najodleglejsze, zachowuje swe barwy i kształty. Po raz pierwszy ujrzałem cynię podczas jednego ze spacerów z Friedrichem Georgiem, na skraju muldy koło Fischendorf, a do tego rozkwitłą na podobieństwo rozety ze świeżo wybitych i powoli stygnących dukatów.
Osobliwe, że takie wspomnienia przynoszą ze sobą w całej ostrości te myśli, którymi byłem akurat zajęty; trwają jak światła w minionym. Tak więc ten widok przerwał naszą rozmowę o niemożliwości ustanowienia na tym świecie porządku; uważam, że jej szczegóły pozostały mi w pamięci właśnie dzięki tej przerwie.
Obrazy są zawsze źródłem wyższej pewności; tworzą rdzeń wspomnienia. Poglądowość jest zawsze czymś, co potężnie ożywia sferę ducha; jest pierwszorzędnym źródłem wszelakiej teorii. W historii cywilizacji łatwo pojawiają się nieporozumienia polegające na tym, że duch powołuje się na źródła drugo- i trzeciorzędne jak w wypadku naszej nauki, która za źródło uznaje to, co utrwalone. Przez to oryginalność staje się osobliwością i w rzeczy samej słowa "oryginalny" i "osobliwy" przybierają w potocznym użyciu języka podobne zabarwienie. [...]
Istnieje, prócz formowania i kształtowania przez instytucje, bezpośredni stosunek do świata i on właśnie jest źródłem naszej pramocy. Oko musi zachować siłę zdolną dostrzec, choćby na mgnienie, dzieła tej ziemi jakby w pierwszym dniu, to znaczy w ich boskim przepychu.
Istnieją epoki - a może nawet sytuacje - gdy dar ten osiada na ludziach jak rosa na liściach. Kiedy indziej znów zanika złoty eter opływający obrazy i pozostawia rzeczy w pojęciowych formach. Wówczas to bezpośrednia poglądowość, na przykład jako poezja, zyskać może nieocenioną wartość źródła tryskającego na pustyni. Gdy język kostnieje, wówczas ciężar jednego wersu równoważy biblioteki i potwierdzają się w takiej przestrzeni rozróżnienia, jakich Hildebrand dokonuje w imieniu Teodoryka z Berna

...Moc ziemi
Podzieliliśmy na dwie połowy.
Jedna przypadła wszystkim tym milionom
Druga zaś Teodorykowi samemu".


Przeł. Wojciech Kunicki, Czytelnik 1999.

Piero Camporesi "Laboratoria zmysłów"

"Sekrety roślin, niezrozumiałe polichromowe komunikaty, jakie przesyłają nam owoce, również te najbardziej banalne i pospolite, nie dają nam spokoju właśnie dlatego, że wymyka się nam ich sens i język. Mogą jawić się one naszemu marnemu wzrokowi [...] jako przedmioty wyzbyte motywacji, rzeczywistość "hipnotyczna", ponieważ "naturalna". Sprowadzone do bezsensownych i niezrozumiałych znaków mogą stać się zagadkowymi symbolami, źródłem niewytłumaczalnych fascynacji optycznych. Życie wegetacyjne, limfatyczna zielona egzystencja, stanowi dla nas odległy wzór świata innego niż ludzki, niemal absolutną odmienność, niepokojącą i niedostępną różnicę.
Któż ośmieliłby się dziś postrzegać człowieka jako odbicie lustrzane arbor inversa, odwróconego drzewa? Któż ośmieliłby się przyrównać korzenie do włosów, pierś do pnia, albo widzieć w liściach słowa, w kwiatach intencje, w owocach cnoty, w pączkach myśli, w gałęziach siłę i potęgę? [...]
Reprodukowane seryjnie, lecz zwodnicze, usłużne i udomowione, ale nigdy nieoswajalne, rośliny zgwałcone przez krzyżowania, skażone przeszczepieniami, mile widziane, lecz nieobdarzane miłością, współżyjące z nami, ale z pewnym dystansem, dalekie od naszej miejskiej wrażliwości, naszych sztucznych pragnień obgryzaczy, z konieczności bardziej niż dla przyjemności, pojawiają się na zielonych widnokręgach niczym roślinne duchy zepchnięte na margines ecumene, które przetrwały trującą epopeję samochodów, epifanię bliskiego czwartorzędu. [...]
Zielony chlorofilowy świat, milczący, osobny, niewidoczny, chroniony przez okrywę, korę, błony i łupiny, w zakamarkach którego toczą się skomplikowane procesy płynnego i włóknistego życia, transformacji i przepływu sił, zadziwiająco paralelne do tych, które mają miejsce w laboratoriach ludzkiego ciała, ciepłe i pulsujące, kolorowe i delikatne, cudownie trwałe, a jednocześnie rozpaczliwie kruche".

Przeł. Joanna Ugniewska, słowo/obraz terytoria 2005.

Ryszard Przybylski "Pustelnicy i demony" II

"Samotność tylko początkowo mogła wydawać się wybawieniem od dialogu, który czasem udręcza człowieka, kiedy żyje w stadzie. Mowa wewnętrzna nie jest jednak monologiem człowieka, który nagle zaczął żyć tak, jakby sam jeden pozostał na ziemi. Kiedy Arseniusz usłyszał w pałacu cesarskim głos mówiący: "Uciekaj od ludzi, a będziesz zbawiony", nie wiedział jeszcze co go czeka, ponieważ uważał, że pustynia to otium filozofa, a cela to pracownia intelektualisty. Był przekonany, że samotność wyodrębnia myśl, co było słuszne, ale nie wiedział jeszcze, że kiedy przestanie "istnieć wśród innych", to zacznie spadać w potworną otchłań bez dna, we własną tożsamość, w "ja jestem" [...]
"Stan egzystencjalny - pisze Hannah Arendt - w którym sam sobie dotrzymuję towarzystwa, nazywam samotnością i odróżniam go od osamotnienia, w którym również jestem sam, lecz brak w nim oprócz towarzystwa innych także mego własnego towarzystwa" [...] Milczenie mnicha nie groziło mu osamotnieniem. Mowa wewnętrzna sprawiała, że nie "brakowało mu siebie", jak zwykł mawiać Karl Jaspers. Zamykając się w celi, miał jednak nadzieję, że pozbędzie się wielości, inności, różnicy, które są prawem świata. Naprzeciw Jedyności postawi swoją jedyność. A tymczasem i ta próba transcendencji człowieczeństwa okazała się próżna i bardzo szybko zaczął płacić za swoją śmiałość wyjątkowo ciężką monetą. W milczeniu spotykał się bowiem z innym, który był bardziej cielesny i ziemski niż cały znienawidzony dookolny świat: z sobą. I już w pierwszych dniach swej samotności dowiadywał się, że tkwi w samym oku cyklonu, ponieważ bezdźwięczna mowa wewnętrzna to większy wrzask niż dziesięć centurii wojska i większy zgiełk niż główny rynek w Aleksandrii; ponieważ zaprowadzenie ciszy między Ja a Mną graniczy z cudem. [...]
Milczący mnich jest figurą każdego człowieka. Opuszczał ogromną klatkę świata, w której ogarnięte lękiem i bezsensem krząta się chaotycznie mrowie ludzkie. W nadziei, że znajdzie spokój, zamykał się w małej celi swego ciała. I padał pastwą mowy wewnętrznej, która jest straszniejszym chaosem aniżeli ponury bałagan spraw społecznych".

Znak 1994.

Brodski i Calasso

"Zaślubiny Kadmosa z Harmonią to książka o etymologii i morfologii istnienia, gdyż właśnie tym jest w istocie mitologia. To komentarz do mitologii. A tym samym komentarz do dwu naczelnych reguł rządzących ludzkim istnieniem - do konieczności i do przypadku - do ich wzajemnego wpływania na siebie oraz do ich źródeł. [...]
Spośród wielu znanych nam systemów wyjaśniania przyczynowości mitologia jest najbardziej pociągającym, ponieważ jest systemem wspaniale otwartym, a jej podstawowego modułu strukturalnego nie tworzy linia prosta ani spirala, tylko zygzak. Najwidoczniej Grecy ogromnie tęsknili za metafizyką i marzyli o nieskończoności, dzięki czemu zdołali sobie uświadomić, że racjonalny wywód bynajmniej nie zapewnia racjonalności swemu podmiotowi. Drogą intuicyjną, jak przypuszczam, doszli do wniosku, że myśl linearna powoduje zwężenie perspektywy, a także ogranicza opcje egzystencjalne. [...]
Wobec tego twierdzenie, że początek naszemu wszechświatowi dała Wielka Eksplozja albo że początek naszemu rodzajowi dała małpa lub ameba, należy uznać właśnie za zwężenie perspektywy. Grecy co prawda nie mieli stosownych narzędzi badawczych, ale i tak nigdy nie pogodziliby się z podobnymi ustaleniami, choćby dlatego, że nie miały dla nich żadnego znaczenia. [...]
Niepokojącym i niemal zatrważającym aspektem książki Roberta Calasso jest to, że jej autor okazuje się bardziej ciekaw i bardziej pewien tego, co kosmiczne, niż tego co chtoniczne. Wychodzi, innymi słowy, na jaw, że chyba ma większą ochotę na nieskończoność niż na skończoność. Tak jakby jego umysł podlegał sile ciążenia kierującej raczej na zewnątrz niż w stronę ziemi. Autor może na to oczywiście odpowiedzieć, że również sam Zeus bardzo rzadko miał do czynienia z bratem Hadesem - czy że wręcz zetknął się z nim dopiero wtedy, kiedy ten wbił sobie do głowy, żeby za żonę wziąć Persefonę. To prawda. Niemniej jednak łatwość i gotowość, z jakimi Calasso przenosi się pod pierwszym lepszym pretekstem w najbardziej odległe i najbardziej mgliste rejony zapewniające mu wielki dystans, niemal przejmuje dreszczem".

Wprowadzenie, [w:] Roberto Calasso, Zaślubiny Kadmosa z Harmonią, Znak 1995.

Piotr Nowak "O nieczytaniu"

"Musilowski bibliotekarz nie dość, że nie przeczytał nigdy ani jednej książki, to nie wyobraża siebie życia bez nich oraz tego, że ktoś zna je lepiej niż on sam. Jego przeciwieństwem jest Gogolowski Pietrek, stangret Cziczikowa, który namiętnie czyta wszystko, co wpadnie mu w ręce, nie rozumiejąc wszakże sensu, nie łapiąc sedna choćby na poziomie pojedynczego zdania. O ile pierwszy z nich – doktor habilitowany bibliotekoznawstwa – delektuje się ciszą słów, o tyle Pietrka zachwyca dźwięk, jaki wydają książki, gdy czyta się je na głos – wszystko jedno, czy będą to zadania z chemii, czy Sonety do Laury. Bibliotekarz osiąga satysfakcję "poznawczą" z nieczytania, stangret czerpie z lektury wyłącznie przyjemność "estetyczną" – może nie bezpośrednio z książek, ale z tego, jak brzmią.
Dla rosyjskiego stangreta książki stanowią część rozśpiewanej natury, bibliotekarz widzi w nich pojedyncze elementy składające się na kulturę. Najważniejsza nie jest więc lektura książek, lecz dążenie do ogarnięcia całości, którą stanowią. Nie treść – zawsze przygodna, zmienna, partykularna – jest w nich istotna, ale relacja, jaką tworzą z innymi elementami całości. Same elementy, oderwane od całości, na którą się składają, nie znaczą nic. "Prawdziwa kultura – pisze Bayard – powinna być dążeniem do całkowitości i pełni, nie można jej sprowadzić do sumy poszczególnych przeczytanych książek. To dążenie z kolei zmienia perspektywę, z jakiej patrzymy na pojedynczą książkę – staramy się bowiem wznieść ponad jednostkowość i zwracać uwagę raczej na miejsce, które zajmuje w systemie relacji z innymi". [...]
Jadąc nie tak dawno autem z moim redakcyjnym kolegą Marcinem Rychterem, rozmawialiśmy o książce Pierre’a Bayarda. Marcin zwrócił mi wówczas uwagę na opowiadanie Patricka Süskinda Amnezja in litteris (1998, przekład Małgorzaty Łukasiewicz) traktujące o kłopotach, z jakimi jego bohater boryka się, gdy starą, dawno przeczytaną przez siebie książkę bierze za książkę nową. "Schorzenie" to związane jest z całkowitym zanikiem pamięci literackiej, ze stanem, w którym to, co już przeczytane, miesza się z tym, co dopiero zamierzamy przeczytać. Słuchałem tego z ciekawością. Można wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy odkryłem u siebie w domu tę samą książkę Süskinda, nie dość, że dawno przeze mnie przeczytaną, to jeszcze solidnie obnotowaną. Nic z niej nie pamiętałem! Dlaczego jednak takie zapomnienie miałoby być zapomnieniem twórczym? Zapominając książkę Süskinda, wypierając ją ze świadomości, zwolniłem tym sposobem – taka jest moja wersja – miejsce dla jakiejś innej książki, które zajęła – może tak być – właśnie książka Bayarda. Na szczęście symptomy mojej "choroby" okazały się na tyle powszechne, że przestałem się nimi przejmować. Bo oto Montaigne pisze: "(…) zdarzało mi się nieraz brać w rękę jakoby nowe i nieznane książki, które czytałem pilnie parę lat wprzódy i zabazgrałem przypiskami". Oczywiście, można próbować udawać, że odszyfrowywanie poczynionych przed laty skrótów, lektura własnych zapisków, tych wszystkich zabawnych obelg, jakie z boku wypisujemy pod adresem autora, to próba odnalezienia siebie. Mnie to nie wychodzi – po prostu nie rozpoznaję się w moich dawnych bóstwach i fascynacjach, nie rozumiem stanu umysłu, w jaki wepchnęły mnie te niegdyś żywe, dziś kompletnie zapomniane, książki. Moje notatki są mi tak samo obce, jakby sporządziła je cudza ręka. Kto je pisał? Kim jestem? Kim byłem? Zagadka".

Res Publica Nowa 2009, nr 8.

Adam Zagajewski "Nietzsche w Krakowie"

"Odkrywałem pisma Nietzschego w moich latach studenckich [...] Nie wiem już teraz, czy uchwyciłem wówczas subtelność Nietzscheańskiej wizji tragedii, tego desperackiego ale i pełnego szczęścia potwierdzenia kruchej egzystencji ludzkiej. Wiedziałem, domyślałem się tego, wibrowałem wręcz czytając o dionizyjskiej istocie tragedii, i że wszystko co apollińskie mniej mi się podobało, tego jestem pewien. Natomiast szyderstwa pod adresem Sokratesa wywoływały we mnie pewien sprzeciw. [...] Trzeba było - na razie - wziąć w nawias sprawę Sokratesa i nie ustawać w poznawaniu myśli mistrza. Poznawaniu? Nie jestem całkiem pewien, czy chodziło o poznawanie; czytałem Nietzschego bardziej dla inspiracji, dla podtrzymania ognia, dla wzmocnienia. Tak chyba czytają młodzi i może nie tylko młodzi poeci - egoistycznie, zachłannie, mniej pytając - czy on ma rację? czy nie krzywdzi, nie wiem, Sokratesa, chrześcijaństwa? - a bardziej nastawiając się na przyjęcie czysto "energetyczne". W przypadku Nietzschego jest to jeszcze o tyle bardziej uderzające, ze owa "energetyczność" zawarta i wysławiana jest już w samym tekście, jest jądrem jego myśli i nawet stylu.
Potem - w miarę jak zacząłem oddalać się od pierwszej młodości, zacząłem też odnosić wrażenie, że Nietzsche starzeje się razem ze mną. Poznałem późniejsze jego dzieła [...] Coraz słabszy był głos artysty, coraz silniejszy ton założyciela sekty, moralisty na opak, opętanego porachunkami z chrześcijaństwem, socjalizmem, moralnością. Samo pojęcie życia, które we wczesnych pracach otoczone jest jeszcze poetycką aurą, poetyckim niedopowiedzeniem, i dzięki temu istotnie podobne jest twórczej, wesołej iskrze, podpalającej papierowe pałace filisterskich uczonych i kodeksy wiktoriańskiej moralności, zmieniło później charakter, stało się - dosłownie - młotem na przeciwnika, narzędziem ciężkim (i to wbrew nieustannym hymnom ku lekkości!) i obsesyjnie, monotonnie nadużywanym. [...] Coraz lepiej także widziałem uczniów Nietzschego - legion uczniów, upojonych lekcjami "samotnika z Sils-Maria". Samotnik z Sils-Maria szedł teraz w ogromnym tłumie - d'Annunzio niósł mu parasol, André Gide patrzył nań z uwielbieniem, Camus robił notatki, Hamsun starał się zapamiętać każde słowo mistrza, Malraux mówił bez przerwy, D. H. Lawrence wysławiał uroki seksu, Tomasz Mann wahał się między nim a Schopenhauerem, Robert Musil miał na sobie swój najpiękniejszy garnitur, Rilke oglądał się za przechodzącą młodą damą. Cóż bardziej karykaturalnego, niż ten tłum wielkich ludzi, otaczających jeszcze większego człowieka! [...] Jednym z nieoczekiwanych elementów dziedzictwa nietzscheańskiej filozofii jest pogłębienie się przepaści pomiędzy życiem wewnętrznym a światem zewnętrznym; spostrzeżenia Nietzschego dotyczące niektórych elementów kultury zinterioryzowanej zdają się zachowywać zdumiewającą świeżość; jego nacisk na to, co jest natchnieniem, siłą ducha, pomysłowością, świeżością wyobraźni, dowcipem, potrzebą formy, dystansu, elegancji ale i ekstazy, jego krytyka pozytywizmu historycznego, zastosowanego do badań starożytnej Grecji, nie zestarzały się, podobnie jak wiele charakterystyk pisarzy czy kompozytorów, o których się wypowiadał. [...] Stąd nie pozbawione podstaw podejrzenie, że Nietzschego trzeba czytać podwójnie, selektywnie, oddzielając starannie, przy pomocy dobrze zaostrzonego ołówka to, co wiąże się z introspekcją, poezją, muzyką od tego, co dotyczy systemów politycznych, moralności i prawa. Nie jest to łatwa i bezbolesna konstatacja - stąd już tylko jeden krok do stwierdzenia, że świat jest podwójny, rozdarty, i my sami także, i że trzeba nam osobnych myślicieli do inwentaryzacji świata politycznego i do wyrokowania na temat sztuki czy literatury".

[w:] Obrona żarliwości, Wydawnictwo a5 2002.